Zagrożenie przyszło z najmniej oczekiwanej strony

Przeglądano 1072 razy

Zagrożenie przyszło z najmniej oczekiwanej strony. Przez stulecia trzymało nas pod okrutnym jarzmem strachu, bólu, upokorzenia. Mówili, że przynieśli naukę, kulturę… oświecenie na nasze ziemie! Mówili, że wyzwolili nasze umysły z ciasnoty ograniczeń, braku wyobraźni i snów!

Wszyscy spodziewali się tego, czuli pod skórą ten rodzaj niepokoju, który zwiastuje coś nowego. Coś obcego. Jakby ktoś lub coś obserwował, węszył, sprawdzał.
Trwał… wystukując o ławę niecierpliwie staccato gniewu i pragnienia wyzwolenia się. Każdy podmuch wiatru, każdy szelest gałęzi przypominał gniewny pomruk kogoś, kto niecierpliwi się coraz bardziej, ale wciąż zamknięty, zaklęty w swym lodowym więzieniu, nie ma prawa choć mrugnąć, a co dopiero oddychać. A jednak głos się wydobywa, potęga i wola, której nie złamały żadne okowy lodu i kamienia…

To była ta siła, której nie powstrzymają żadne łańcuchy, żadne zaklęcia.
Ze spokojem obserwowaliśmy chłopów zbierających plony ziemi. Jesień dała nadzieję na bogate żniwo, niech bogom będą dzięki. Pogłowie bydła, zapasy kurcząt, suszone i solone mięso - wszystko to miało nas przygotować na surowe, zimowe dni, na chłody i mrozy. Zapasy drwa przywożone z lasów miały dawać światło i ciepło, a wyprawione skóry, utkane koce i wyciągnięte ze skrzyń ciepłe odzienie chronić przed kąsającym wichrem. Wszystko to miało nas bronić przed tym, co nadejdzie.

Czym jednak jest nasze schronienie przed nagłą falą najeźdźców, potworów z nieznanego nam świata? Panów, którzy swymi mrocznymi studniami żądz i nienawiści plugawili każdy, znany nam skrawek naszych ziem...? Tyrania Nocy i Zła, której nie pojmowaliśmy, a która przyszła i grabiła, mordowała, gwałciła…. wyniszczała.
Gdy zamykam oczy, widzę pod powiekami nie zielone łąki i cicho szumiące lasy, ale lawinę z ciał. Kończyny mieszają się z krwią, wnętrznościami i bronią, a smród rozkładającego się, gnijącego ciała zarówno ludzi jak i nieludzi - jest upajający swą słodką, przesyconą wonią śmierci. Ogłusza, odbiera dech, wywołuje wymioty.

Gdy zamykam oczy, słyszę mlaskający dźwięk wypadających trzewi, gdy najeźdźca rozpruwa brzuch mężczyzny broniącego swego domu. Widzę, jak upada na kolana, jak w zdumieniu chce złapać swe jelita, żołądek… i z tym zdumieniem na twarzy, upada wprost w objęcia krwawego błota, w którym klęczał. Widzę, jak wyciągają z chaty jego przerażoną żonę, córkę, syna co niedawno od piersi został odsunięty, nawet bezzębną matkę… widzę, jak gwałcą raz po raz każde, wielokrotnie. Póki trup jest ciepły. Póki z ust może dobywać się jakikolwiek jęk, póki pośmiertny uścisk nie sprawi, że gwałt przestaje nieść satysfakcję. Czynią tak co chatę, co wieś, co miasto… za każdym razem, wszędzie tam, gdzie ktoś odważy się im postawić. Czynią tak, bo uważają to za słuszne, zostawiają za sobą trupy całych rodzin, zgwałcone, poniżone, wyrzucone na żer krukom i wronom, padlinożercom…. i co chyba najgorsze w tej farsie “cywilizacji co zalała nasz świat” - ludzi, którzy nie mając co jeść, posunęli się do kanibalizmu.

Gdy zamykam oczy, czuję odór strachu i potu, smród skwaszonego mleka, moczu i gnijących ziemniaków. Słodkawy, mdlący i niezapomniany, kpiący aromat zła, obezwładniający wszystkie zmysły. W półmroku słyszę niemal bezgłośny szloch dziewczynki, dziecka niemal, skulonego, wtopionego w glinianą ścianę piwniczki, tulącą do swojej piersi fartuch matki. Widzę ją - jest bosa, brudna, w poszarpanej sukience. Wielkie, jasne oczy widziały już wiele zła. Łzy żłobią w brudnej twarzyczce tunele przerażenia. Słyszę nad sobą ciężkie kroki. Kurz spada spomiędzy drewnianych desek. Jest ich kilku. Potężnych, śmierdzących, pewnych siebie. Słyszę, jak uderzają bronie o ławę, jak rozpinają spodnie…. słyszymy przerażony i pełen protestu krzyk matki. Słyszę jak ją gwałcą. Raz za razem, w trójkę. Mają przy tym uciechę, jakiej nie zaznają w żadnym innym burdelu.

“Cywilizacja”. Mówili. “przybyliśmy wam wskazać nową drogę rozwoju!” - nie dodali, że ich rozwój pełen będzie kalek, bękartów i wymazanych z map wiosek.
Powolne staccato gniewu narasta. Maleńki kamyczek zdolny poruszyć lawinę niedługo zostanie upuszczony… jeszcze jeden oddech.

Znów zamykam oczy. Widzę przed sobą kalekę. Połamane nogi źle się zrosły. Obcięte dłonie, wyłupione oczy, wyrwany język. Był jednym z najeźdźców. Odmówił rytualnego mordu na małym chłopcu. Uważał, ze to złe i nieczyste. Wolał poderżnąć mu gardło niż zbrukać się takim czynem. Bo wreligii literalna prawda jest nieomal pozbawiona wartości. Prawdziwi wierzący będą zabijać i niszczyć, byle tylko uchronić swe fałszywe wierzenia - wierzenia w nieomylną boskość faraona, w sens swych działań...Oni nie mieli takich oporów, by składać w ofierze ku czci ich władcy jednostki słabsze, w ich oczach “gorsze”. Małe ciałko było już sztywne, gdy tak chaniebnie biczowali dezertera, łamali mu nogi, wypalali oczy… “wymierzali sprawiedliwość”.

Czy to właśnie jest sprawiedliwością? Czy to jest słuszne? Wcielanie na siłę do własnej armii tych, których podbito - siłą i po dobroci? Nauczanie o tym, że tylko ich wiara i nauka jest słuszną, a dorobek podbijanych ludów jest niczym nie wartym śmieciem? Ta tyrania nocy, zła, delegatura z głębin najgorszych koszmarów… upadnie.
Widzę to, gdy zamykam oczy - wymalowane na twarzach zabitych, zgwałconych i pokonanych. Ludzi, Elfów, Jaszczurów, Orków…. bez różnicy - widzę to na ich twarzach. Widzę to w ich oczach i ledwie zauważalnych gestach. Są zamknięci, zaklęci w okowach mroku i poniżenia. Zniewoleni. A jednak woli w swej dumie.

Mogę się śmiać z wieśniaków i mieszczuchów przykutych przez całe życie do małego skrawka ziemi, poniżanych i gwałconych, podczas gdy ja wędruję po jej powierzchni i oglądam jej cuda i grozy. Kiedy jednak pójdę do ziemi, nie będzie dziecka, które nosiłoby moje nazwisko, ani rodziny, która przybrałaby po mnie żałobę. Nikogo, kto by pamiętał, nikogo, kto usypałby nagrobek nad chłodnym kawałkiem gruntu. Choć byłem świadkiem wielkich wydarzeń, nie pozostawię po sobie nic trwałego. Oni, choć spętani łańcuchami, trwać będą dalej, a ja…

...ja zamykam oczy, przywołuję całe zło tego świata, jakie było mi dane poznać. Nabieram w płuca powietrza, zmieszanego z odorem krwi, gnijącego mięsa, spermy, rozkładu, bólu i pogardy. Szaleństwa.
Zamykam oczy, zaciskam dłonie na wbijających się w moje nadgarstki krępujących mnie rzemieniach. Po chwili z moich płuc zostaje wyrwany ostatni strzep powietrza, czuję żywy ogień rozdzierający mnie od środka… i od zewnątrz, gdy na moje plecy opada nabijany kolcami rzemienny bicz.
Powtarzam sobie, że jestem dzieckiem Daakarów, nie wolno mi okazywać słabości. Powtarzam sobie, że jestem nieposłusznym dzieckiem Daakarów, że moją słabością była litość.
Powtarzam sobie, że jestem małym, zdrowym ziarnem zabranym z pola, ukradzionym moim rodzicom i siłą wcielonym w inne ziarno, pełne robactwa i choroby.
Chcę powtarzać tą litanię cierpienia i bólu, jaką widziały moje oczy i słyszały moje uszy - jednak żołądek podchodzi mi do gardła, i choć nie mam już czym, wymiotuję. Żółć drażni moje gardło. Dławi mnie.

W końcu przychodzi błogosławiona ciemność. Gwiazdy bólu już nie błyszczą pod powiekami. Głosy zanikają w odległy szum krwi. Błogosławiony chłód kamienia muska moje rany, przynosząc ukojenie. Wolne metrum trójdzielne, później appoggiatura poprzedzona glissando mego serca. Jednego z tysięcy serc, które powoli słabły i gasły, usypując ciepłe popioły nienawiści dla wspólnego wroga wszystkich ras.
Wiem, że jestem już bez sił. Nie dotrwam poranka. Nie zobaczę jasnej tarczy Solimusa. Jednak zdołam pogodzić się z bogami. Poprosić o przebaczenie: oto ja, żołnierz pozbawiony imienia i płci, rodziny i przeszłości, wcielony na siłę w armię Daakarów, jeden z tysięcy robaków wrzuconych w studnię zła - błagam o osąd nad sobą. Bezimienny, bez płci, czci i godności - robak. Wypełniający wolę najeźdźcy.
Ale wiem - że najeźdźca jest już upity swą wygraną. Podbijaniem świata. Władzą.
Świat się zbuntuje. Nie dziś, nie jutro. Ale za tydzień, miesiąc, albo rok. Zbuntuje się, przyniesie wyzwolenie z więzów krępujących usta i nadgarstki. Wypluje starą szmatę, zerwie drażniący rzemień. Daakarowie upadną, zostaną zepchnięci na krańce świata.
Ja jestem… jestem już bardzo zmęczonym robakiem w tej studni bez dna, pełnej cierpień. Tak bardzo zmęczonym tym, co widziały me oczy. Co słyszały me uszy.
Jestem tak zmęczony widokiem podbitych ludów.

Zasypiam....
Obudźcie mnie, gdy nadejdzie świt… gdy Daakarowie upadną.
A my…. my jesteśmy przecież tylko całkowitą sumą wydarzeń naszej przeszłości, tak w dobrym, jak i złym znaczeniu...

Autorka: Tishtry [9776]

Czwarte miejsce w konkursie na opowiadanie

Wróć do strony głównej