Niech żyje Cesarz!

Przeglądano 1820 razy

Natura miała swój własny bieg, nieczuła na dysonanse polityczne. Kłosy kołysały się przy najmniejszym podmuchu wiatru, szarpiąc przestrzeń cienkim włosiem. Pot spływał z umęczonych ciał robotników pracujących w polu bez wytchnienia, sierpy zgodnym rytmem świszczały tnąc łodygi. Kolejne układały się na sobie, zaściełając spękaną glebę złotem i tworząc nieregularne stogi. Każdy marzył o odrobinie deszczu podczas tak upalnego lata. Nikt jednak nie wyśnił sobie ulewy krwi, która miała spłynąć na mieszkańców Cesarstwa już wkrótce.

Trudno powiedzieć, kto pierwszy zauważył majaczącą na horyzoncie chaotyczną krzywą, od której bił oślepiający blask Solimusa szykującego się dopiero na spoczynek. Może był to mały chłopiec, który stracił wtedy całą swoją rodzinę. Może była to młoda kobieta, która szła za gąskami z zielonym badylkiem. Może był to świeżo upieczony małżonek, jeszcze z radością przyjmujący trud życia rodzinnego. Może to była po prostu starsza kobieta, która siedziała przed chlewikiem przyglądając się wiosce. Łuna rosła w oczach, coraz wyraźniejszy był również szczęk zbroi, której płyty ocierały się nachodząc na siebie, gdy armia żyła wbijając w suchą ziemię rytm zgodnych kroków. Niektórzy zastygli przy właśnie wykonywanych czynnościach, inni wyszli z ciekawością naprzeciw i jako pierwsi upadli na kolana. Dźwięk łubianki wypełnionej jabłkami, która spotkała się z ziemią, zniknął zastąpiony dziewiczym krzykiem, z kolei ten łabędzi śpiew pochłonął całkowicie ryk nadciągającej hordy i jej euforyczne uniesienie. Jabłuszka wytoczyły się z kobiałki tak, jak odcięte głowy pierwszych nieszczęśników posypały się na umordowane żniwami pola. Posoka splamiła moderunek, ale zrosiła również glebę, która wchłonęła ją łapczywie nie przejmując się niczym losem.

Spragniony areał z pożądliwością chłonął niekończące się pokłady nektaru życia, sukcesywnie przygarniając w miękkie objęcia ziemi marne powłoki padające od kolejnych precyzyjnych sztychów. Ciała kołysały się próbując uciec przed ostrzami, ale ostatecznie spotykały się z ziemią, przed upadkiem rozdzierając przestrzeń rozcapierzonymi palcami dłoni, które wraz z nimi kończyły w błocie krwi. Posoka obficie płynęła z ran, pod czujnym okiem Urthorrorczyków pracujących bez wytchnienia swoim orężem, rozliczając się wzajemnie z każdego poległego. Coraz więcej trucheł zaściełało okolice wioski, która była jedną z wielu po drodze do stolicy Cesarstwa, Azeloth. Zastygłe w przerażeniu facjaty pierwszych zabitych ginęły pod stertą ciał spadających coraz częściej. Ciężar wgniatał tych, którzy leżeli w najniższej warstwie sprawiając, że ostatnim smakiem, jaki poczuli, nim całkowicie wyzionęli ducha dławiąc się, był metaliczny charakter krwi zmieszany z ziemią. Agresorzy pracowali do zmierzchu, by rozpalić wkrótce po nim wioskę, jak pochodnię. Swąd palonych zwłok wypełniał nozdrza niepokojem, tak, jak widok czarnego ptactwa, które upatrzyło sobie pozostawione w polu głowy straszące niejednokrotnie lepiej, niż wypchana słomą kukła, którą rolnicy wystawiali, by odpędzać skrzydlate szkodniki od upraw. Sensualne wrażenia, w postaci czerwonej łuny, gęstego dymu i woni topniejących w językach ognia ciał, wysyłały w stronę władz Azeloth jasny komunikat: idziemy po was.

Zaledwie kilka tygodni wystarczyło, by złamać ducha w wojownikach strzegących murów stolicy Cesarstwa. Raptem kilka nic nie znaczących wiosek, zniszczonych w spektakularny sposób na pokaz, wywołało paniczny strach. Na tym najbardziej zależało armii prowadzonej przez Duriela. Wzbudzić przerażenie w sercach najmężniejszych mieszkańców Azeloth i pozbawić ich nadziei na wygraną ze zwyrodnialcami nadciągającymi z Wyspy Mew. Urthorrorczycy chcieli pokazać, jak bardzo potrafią być nieobliczalni i z jak wielkim zapałem potrafią walczyć, dla napędzających ich szaleństwo błahostek, takich jak jęk pokonanej zwierzyny, ostatnie tchnienie pełne błagania, czy posoka zmywająca bestialstwo z ich stóp. Tym właśnie byli mieszkańcy Azeloth dla krwiożerczej armii - ucywilizowaną zwierzyną, którą wkrótce złowią.

Zbrojne ramię Wyspy Mew świętowało hucznie każde najmniejsze zwycięstwo, jakie odnieśli, podczas gdy stolica Cesarstwa pogrążała się w żałobie po utracie silnych wojów, których zwłoki bezczeszczono. Kiedy łamie się duch i odchodzi nadzieja, a serce wypełnia przerażenie, brakuje miejsca na odwagę, która graniczyłaby z głupotą, gdyby przeciwstawiono się najliczniejszej armii tamtych czasów. Władze,, dotychczas chroniące się za plecami tych, którzy każdego dnia oddawali za nich swoje życie, zmuszone zostały, by patrzeć na to, jak wojownicy przegrywają wewnętrzne walki. Przykuci do wysokich stanowisk musieli przełykać gorzką prawdę, gdy fortyfikacje padały. Azeloth poddało się z pierwszym Orkiem, który wdarł się do miasta przynosząc ze sobą tylko śmierć. Tygodnie spędzone w okupowanym przez armię wroga mieście, bez możliwości ucieczki, skutecznie wpłynęły na nastroje mieszkańców. Ci woleli przyznać laur zwycięzcy dla Duriela, chcąc uniknąć zbrojnego konfliktu wewnątrz stolicy, zanim agresorzy się rozpędzą. Wysocy urzędnicy i władze Azeloth nie uniknęli śmiercionośnej chuci. Bruk miasta zalewała krew ostatnich, którzy zachowali siły, by walczyć, ale widok ich ciał nie budził takiego zgorszenia, jak pokazanie należnego miejsca dla dotychczasowych przewodnikom ludu. Uwięzieni w żelaznych klatkach, nadzy, prowokowali szczury do wyjrzenia z kanałów, podczas gdy mieszkańcy stolicy chowali się w domach unikając woni rozkładającego się w gorącu ludzkiego ciała. Z poranionych sylwetek szybko obwisła skóra, wskazując na kształt kości. Jątrzenie ran doprowadzało ich na skraj agonii, gdy zarówno nocą jak i za dnia, prześcigali się w wyciu z burkami podwórkowymi. Część poddała się powolnej śmierci z godnością, część odgryzała sobie języki, żeby się udławić. Wkrótce pozostały po nich wycieńczone truchła, dziobane przez ptactwo, które zwęszyło padlinę. Lato sprawiło, że ciało gniło szybciej, więc i w ranach prędzej pojawiło się robactwo pulsujące jak jeden żywy organizm, byleby pochłonąć resztki materii. Nieraz ciało przykrywało się czarną bzyczącą chmarą i dopiero wiatr uderzający w klatkę wywoływał nagły ruch skrzydlatych insektów, a także kolejne wrażenia zapachowe. Wszystko miało przypominać o tym, kto został zwycięzcą mimo strat poniesionych po obu stronach muru Azeloth.

Nie wszyscy byli zadowoleni z posunięcia Duriela, mimo że szaman zdobył stolicę Cesarstwa. Armia mogła korzystać z uroków miasta, odpocząć przed kolejną batalią, ale ruch, na który zdecydował się Duriel, zbliżał tylko godzinę jego śmierci, o czym nie mógł mieć jeszcze pojęcia.

W czasie, gdy Reptilianie ponosili klęskę z Unią, Durielowi udało się wyszarpać siłą kawałek Fallathanu, na cześć swego Wodza. O zaufanie, w czasach ogarniętych wojną i chaosem, nie jest łatwo. Z jednej strony bez wątpienia szaman zasłużył na uznanie, gdy podbił Azeloth. Z drugiej strony przeciwstawił się wówczas swojemu Hersztowi, Wielkiemu Dragoniasowi, który nie zaaprobował jego pomysłu. Okres, który sprzyjał szerokiemu rozlewowi krwi idącemu w parze z pojawianiem się nowych państw, nie sprawił, że Herszt mógłby przymknąć oko na samowolkę szamana. Każdy ceniący się dowódca nigdy nie chciałby mieć w swoich szeregach kogoś, kto w sposób jawny sprzeciwia się jego rozkazom, nawet za cenę własnej pomyłki. Gdyby Duriel został przy życiu, Dragonias musiałby się przyznać do taktycznego błędu, co byłoby niemal równoznaczne z tym, że nie nadaje się on do przewodzenia Urthorrorczykom. Wybuchłyby zamieszki, spróbowano by odsunąć go od władzy, więc szaman musiał zapłacić życiem za porażkę swojego Herszta. Popis Duriela był dobrem, który nie służył Dragoniasowi, natomiast jego śmierć złem, które mu nie szkodziło.

W Azeloth jeszcze raz przelała się krew. Armia, która wiwatowała rykami, gdy zwyciężyli w stolicy, milczała, kiedy pomiędzy nimi szedł ich prawdziwy przywódca, Wielki Dragonias. Ork przechadzał się między swymi poddanymi z dumą, stąpając po czerwieni dywanu świeżo przelanej posoki. Nikt jeszcze o tym nie wiedział, poza samym Dragoniasem. Jego umysł rozpalił zew wygranej, który dotarł do jego świadomości w pełni, dopiero po usunięciu zagrożenia. Duriel nie był zwycięzcą, był bohaterem, a po bohaterach takich jak on, słuch szybko ginął. Heroizm szamana odszedł w niebyt, gdy tylko na horyzoncie pojawiła się sylwetka Herszta. To on był wygranym, którego sława nie przeminie. Za jego sprawą została założona Twierdza Urthorror, dał schronienie wszelkiemu plugastwu wyjętemu spod prawa, trzymał pieczę nad rozwojem militarnym kraju i osiągnął to wszystko dzięki swojej charyzmie. Teraz, kiedy Duriel spoczywał na ziemi przodków, to Dragonias był nagrodzonym. W jego ręku leżała władza nad podbitym Azeloth, którym się nie nasyci tak, jak ziemia tłumiąca swe pragnienie juchą poległych. Będzie żądał, by cały Fallathan padł przed nim na kolana i oddał mu należną cześć, co bezspornie wzmocni jego pozycję na Wyspie Mew, a także podniesie morale sprowadzonego na kontynent wojska. Mając taką władzę, choćby była najbardziej nieujarzmionym rojeniem pragnącego hegemonii umysłu, na wyciągnięcie ręki, nikt nie oparłby się sięgnięciu po zakazany owoc. Każdy o nim marzy, dla każdego znaczy on coś innego, każdy wyobraża sobie jego indywidualny kształt i aromat. Wielki Dragonias poznał smak triumfu 27 Yomrqaha, 4277 roku, kiedy ogłosił się samozwańczym Cesarzem.

Autorka: Diebora nic Nohrat [8887]

Trzecie miejsce w konkursie na opowiadanie

Wróć do strony głównej