Dzień, jak żaden inny!

Przeglądano 1252 razy

06-07-4328 rok NE. Solinde.

Marcus Scader przechadza ł się powoli po mieście doglądając krzątających się dookoła ludzi. Trwały właśnie ostatnie przygotowania, przed zaplanowanym na południe powitaniem bardzo ważnych gości. Całe miasto wydawało się dotknięte jakimś niezwykłym zaklęciem, bowiem wszyscy  biegający pod ulicach ludzie wyglądali niemal identycznie. Ich nieskazitelnie czyste mundury i wypolerowane bronie prezentowały się nadzwyczajnie w blasku porannego słońca, a do tego co wyjątkowo cieszyło Marcusa każdy z nich dokładnie wiedział co ma robić. Mężczyzna uśmiechnął się, lekko kiwając głową.

- To będzie dzień, jak żaden inny! – Powiedział sam do siebie Nacjanin. – To będzie rzeź, jaką ci barbarzyńcy zapamiętają na długo…

Jeszcze poprzedniego dnia Solinde zostało otoczone przez trzy armie, Romen-Dor, Irimgard i Careogród, wsparte oddziałami banitów. Każde państwo atakowało z innej strony zmuszając stacjonujących w mieście Nacjan do podziału sił. Marcus Scader dowodził obroną południowej bramy. Niemal czterdziestoletni mężczyzna o czarnych krótkich włosach, elegancko przystrzyżonym zaroście i jasnoniebieskich oczach ubrany był w biało-szary mundur typowy dla Strzelców Górskich. Pod swoją komendą miał półtora tysiąca osób. Pięciuset wspieranych przez piętnaście dział już czekało na murach, gotowych skoro padnie sygnał powitać przeciwnika salwą honorową. Kolejnych dwustu i pięć dział stało naprzeciwko bramy, gotowych powstrzymać nieprzyjaciół, gdyby brama runęła. Gdyby i oni nie dali rady, każdy dom przy głównej ulicy został zamieniony w małą twierdzę. Łącznie czterystu strzelców miało razić z okien każdego, kto tyko spróbowałby prześlizgnąć się w pobliżu. Reszta broniła pomniejszych barykad w bocznych uliczkach. Półtora tysiąca muszkietów przeciwko dziesięciu tysiącom karłów. Zdaniem Marcusa najłatwiejsza bitwa w życiu. Jak donosił wywiad, biedni brodacze dysponowali tylko jednym taranem, brakowało im magów i regularnych oddziałów strzelców. Słowem potrzebowali cudu, by w ogóle dotrzeć w pobliże murów i kolejnego, by postawić stopę w mieście. Zresztą to nadal zmieniało jedynie miejsce w którym zostaną rozstrzelani. Dlatego, gdy wreszcie zaczęła się bitwa dowódca z trudem powstrzymywał się, by nie stanąć na murach i nie postrzelać sobie do żywych celi. Jednak profesjonalizm nie pozwalał mu na podobne zabawy. Dlatego po prostu, stał na swojej pozycji tuż za główną barykadą i wysłuchiwał raportów. Całkowicie ufał ludziom, którym powierzył dowodzenie nad konkretnymi oddziałami. Stąd, gdy po raz pierwszy rozbrzmiał huk armat, mimowolnie uśmiechnął się do siebie, wyobrażając sobie, jak schludne szyki zakutych w ciężkie zbroje przeciwników zamieniają się w jeziora pełne krwi i rozerwanych ciał. Chwilę później odezwały się muszkiety. Najpierw poszczególne wystrzały zlały się w jeden przerażający dźwięk, po który nastąpiła nieznośnie długa cisza, a potem już gdy dowódca wreszcie nakazał „strzelać bez rozkazu” mury właściwie nie cichły. W sercu głównodowodzącego pojawił się cień współczucia, bowiem nawet pełna płytowa zbroja nie zawsze chroniła przed pociskiem z muszkietu. Pierwsze raporty nie przyniosły zaskoczenia. Taran ruszył naprzód, a dzielni brodacze postanowili go ukryć za gęstym dymem miotając w stronę murów płonące pociski. Czyli, jednak nie byli całkowicie bezmyślni. Z drugiej strony w dzień taki, jak ten niewiele im to pomoże. Wiatr nagle zmienił kierunek, albo mają przeklętych Magów.

- Przekaż Sibaltho. Niech wypatrują cyrkowców, błaznów i innych dziwnie ubranych wariatów. Gdy jakiegoś znajdą, każ im natychmiast poczęstować takiego salwą działa… Albo kilku dział. Tak dla pewności. – Goniec pognał przekazać rozkaz, a sam Dowódca po raz kolejny miał okazję zastanowić się, czy aby na pewno nie powinien stać teraz na murach. Rozmyślanie przerwała eksplozja, która zmiotła część ludzi i pewnie ze dwa działa. Eksplozja tak nienaturalna, że nie było wątpliwości, że to sprawka czarów. Wkrótce też nadbiegł kolejny łącznik przynosząc jeszcze gorsze wieści. Owszem wypatrzyli jednego odpowiadającego opisowi. Stał, jak skończony idiota na taranie. Teoretycznie, nie można było prosić o lepszą sytuację w praktyce… Taran raz po raz zakrywany przez czarne opary, okazał się celem zbyt trudnym do trafienia dla dwudziestu doświadczonych artylerzystów.

- Co takiego?! Nie są wstanie trafić w… - tutaj miast dokończyć Nacjanin po prostu rękami zobrazował rozmiar celu.

- T-T-Taak! Melduje, że pociski wydają się… skręcać? – Brzmiało to idiotycznie, więc nic dziwnego, że biedak miał problem z powiedzeniem tego Dowódcy prosto w twarz. Scader tylko westchnął pocierając skroń.

- Skupcie cały ogień na taranie. I przygotujcie olej. – Rozkazał natychmiast przeklinając w duchu zarówno czarokletów, jak i siebie, że tego nie przewidział. To było oczywiste, że kurduple mają coś w zanadrzu. Nawet ta zakuta w stal hołota nie była tak głupia, by atakować miasto z jednym tyko taranem.

- Przygotujcie się. Jeśli brama upadnie strzelać natychmiast. Wy załadujcie łańcuchy i zaczekajcie. – Marcus miał przeczucie, że wejdą, ale to jeszcze nic. Wejdą, a potem umrą. Po prostu będzie więcej sprzątania w mieście. Trudno.

Tak rozmyślając usłyszał pierwsze potężne nie w bramę. Mimo wszystko kolejne wieści jeszcze nie wróżyły kłopotów. Udało się ranić stojącego na taranie błazna, sam taran został uszkodzony, a przedpole tonęło we krwi. W dodatku jego żołnierze właśnie wylewali wrzący olej wprost na głowy atakujących. Chwilę później po murach przetoczył się okrzyk zwycięstwa. Czyli taran odpadł. Niestety to była już ostatnia dobra wiadomość. W kilka uderzeń serca później coś zabłysło na ułamek sekundy nad murami, a potem kolejna eksplozja wyrwała potężną dziurę w bramie, poważnie uszkadzając lewe skrzydło.

- Szykować się! Bić, gdy wejdą! – Jeszcze nie wszystko stracone. Niewielka wyrwa nic nie zmienia. Tak przynajmniej mówił sobie Scader. Potem stało się coś, co do końca życia żołnierza z dalekiego południa pozostać miało przerażająco tajemnicą. Trzystu jego ludzi. Trzystu doświadczonych ludzi, po prostu rzuciło się z murów w dół. A do ziemi było wiele metrów. Trzask jaki poniósł się po mieście, był trzaskiem łamanych nóg, kręgosłupów i upadających morale. Pierwsi próbujący przejść przez bramę przeciwnicy zginęli skoro tylko postawili krok. Po nich jednak nadeszli kolejni. Ich tarcze były inne. Większe, prostokątne i… twardsze. Pociski muszkietów odbijały się od nich, niczym od litej skały, krzesząc tylko iskry. Widząc to nakazał salwę z dział. Efekt był jednak mizerny. Kilku zginęło, jednak ktoś wymierzył zbyt wysoko i dwie metalowe kule połączone łańcuchem poleciały zbyt wysoko, tylko poszerzając dziurę w bramie. Potok karłów przybrał na sile i wkrótce trudno było znaleźć szparę w którą można było strzelać. Nawet załogi w domach miały ciężko. Pierwsze cztery budynki straciły obsadę w ciągu zaledwie uderzeń serca. Każdy mikrus poza tymi z magicznymi tarczami miał lekką kuszę.

- Wycofać się! Do domów. Ty tam! Niech uderzą w dzwon. Południowa brama padła! – Krzyczał już Marcus. Jego ludzie byli zdyscyplinowani i nawet w obliczu takiego zagrożenia wykonywali rozkazy bez sprzeciwu. Strzelcy oddawali pospiesznie ostatnią salwę i wycofywali się do budynków barykadując się wewnątrz. W tej chwili za bramą zakotłował się ogień. Potem w niebo wzbiła się istota przypominająca olbrzymiego orła, którego ciało wykonane było z płomieni. Twór przeleciał nad murem i uderzył wprost w dzwonnice. Budynek spłonął nienaturalnie szybko, jakby był wykonany z papieru, a nie drewna. Nawet ogromny dzwon stopił się całkowicie.

- Skąd oni wiedzieli?! – Krzyczał tym razem sam do siebie Dowódca, wbiegając na Pietro jednego z domostw. Jego ludzie już zrzucali meble na schody tworząc prowizoryczną barykadę. Wrogowie skoro wlali się do miasta, zaczęli odwet, za to co zgotowano im wcześniej. Na krótkim dystansie, Nacjanie nie mieli wielkich szans z hordą rozwścieczonych krasnali. Wkrótce też dotarli do domu w którym oczekiwał ich Marcus. Nim zaatakowali nad barykadą poleciał jakiś niewielki okrągły przedmiot. Tylko Scader odwrócił się w porę i nie został oślepiony przez wybuch. Reszta jego ludzi w przerażeniu strzeliła na ślepo wybijając dziury w ścianach lub trafiając siebie nawzajem. On jednak wyrwawszy muszkiet najbliższemu żołnierzowi, już wycelował w wystający nad barykadą łeb dowódcy napastników.

- Leż psie! – Krzyknął jeszcze. Pociągnięcie za spust. Szarpnięcie. I pudło. Pocisk poleciał o wiele za wysoko. Zdziwiony Marcus zamrugał kilka razy i spojrzał na brzuch z którego teraz wystawało długie ostrze. Stojący za nim  Elf szepnął coś, wyrwał ostrze i solidnym uderzeniem posłał rannego w dół schodów. Wprost na topory khazadów, którzy właśnie pokonali barykadę.

Wiele godzin później Elfi Mag szedł drogą w kierunku Amarth. Z raną na boku, łbem w którym szumiało krasnoludzkie piwo, paradną szabelką jakiegoś nacjanina i muszkietem na plecach. Właściwie, jeśli się nad tym zastanowić to żadna z tych rzeczy nie była mu specjalnie potrzebna. Teraz jednak błękitnooki wędrowiec nie myślał o tym, a jedynie o batalii jaka miała miejsce.  Myśli te zaowocowały w końcu krótkim stwierdzeniem.
- To był dzień, jak żaden inny…

Autor: Shëd [17379]

Szóste miejsce w konkursie na opowiadanie

Wróć do strony głównej